Pewnego dnia postanowiłam założyć książkowego bloga. W krótkiej notce powitalnej opowiedziałam o 50 twarzach Greya. Jakiś miesiąc później nazwałam ją wyrobem książkopodobnym, i już nigdy nie zaliczyłam aż tak wielkiego rozczarowania. Dwa lata później skusił mnie opis Kochanki księcia, chociaż porównanie do Greya zapaliło mi w głowie czerwoną lampkę. Ale raz się żyje, prawda?