Przyznaję, że powieść Beth Morrey długo czekała, aż się za nią zabiorę. Z każdym kolejnym dniem, kiedy leżała na moim przykanapowym stosiku, miałam wrażenie, że coraz bardziej domaga się mojej uwagi. Ale nie w sposób nachalny, raczej przyzywała mnie obietnicą otulającej jak kocyk opowieści. Uratować Missy czytałam w te ponure, deszczowe dni, kiedy aura nastrajała mnie do myślenia o przemijaniu i lecie, które chyba ustąpiło już miejsca nadchodzącej jesieni...
Chociaż Missy ma już 78 lat, nie daje tego po sobie poznać. Jedynym zmartwieniem kobiety jest samotność, bo jej dzieci założyły własne rodziny, a mąż odszedł. Starsza pani postanawia poradzić sobie z tym problemem nawiązując jakąś nową znajomość. Na jej drodze staje samotna matka z dzieckiem przypominającym jej wnuka...
